Soliloquium, czyli rozmowa z samym sobą
W wywiadzie tym zadam panu dużo pytań, na które pewnie wielokrotnie pan odpowiadał. Czy nie znudzi to pana? Czy takie powtórzenia nie są i uciążliwe, i monotonne, i jałowe?
Proszę pana, przez wiele lat nauczałem języka łacińskiego na Uniwersytecie Wrocławskim i na różnych kursach. I przez wiele lat otrzymywałem te same pytania, dotyczące zawiłości gramatyki łacińskiej. I owe powtarzające się w nieskończoność pytania bardzo mnie cieszyły. Dlaczego? Ponieważ potrafiłem na nie odpowiedzieć! Rzadko zadawane pytania są wynikiem przemyśleń, często próbą wykazania przez słuchacza czy ucznia własnej oryginalności. I takie pytania albo są głupie, albo są piekielnie trudne. I takich pytań nie lubię. Natomiast, te często zadawane są przewidywalne. A ja lubię wszystko, co przewidywalne. Dodajmy też tutaj, że dziennikarz doskonale wie, jaka padnie odpowiedź, ponieważ do rozmowy ze mną dobrze się przygotował. Dlaczego zatem pyta, skoro już zna odpowiedź? Ponieważ jest pośrednikiem pomiędzy mną a moimi czytelnikami, a oni może nie znają odpowiedzi na owe pytania. I tak – odpowiadając po raz tysięczny na to samo pytanie, zaspokajam ciekawość moich czytelników. Daję im jakieś informacje, które ich interesują, których pragną. W ten sposób moja więź z czytelnikami staje się bardziej osobista.
Ale nie do wszystkich czytelników pan dotrze. Wszak istnieją ci, którzy kryminałów nie czytają. Dlaczego zatem świadomie ograniczył pan swój zasięg literacki do jednego tylko gatunku? Innymi słowy – dlaczego pisze pan tylko kryminały? Skąd taka decyzja?
Pana pytanie porusza wiele ciekawych wątków. Tak, bardzo szanuję moich czytelników, bez nich bym nie istniał. Przekształcając sentencję Kartezjusza cogito, ergo sum, powiem legor, ergo auctor sum (jestem czytany, więc istnieję jako autor). Z mojego szacunku dla czytelnika nie wynika jednak, że zamierzam dotrzeć do całej publiczności czytającej. Z niemożności zrealizowania tego celu nie popadnę przecież w głuchą frustrację. Wiem, że nie wszyscy będą mnie czytać! Jest jednak pokaźna grupa moich czytelników, którą szanuję i dzięki której istnieję, ponieważ ci ludzie wydają na moje powieści swoje ciężko zapracowane pieniądze. I do tej grupy moich odbiorców chętnie bym się ograniczył, co nie znaczy, że poszerzenia tej grupy nie przyjąłbym z radością. Próba zawładnięcia wszystkimi czytelnikami na rynku książki jest działaniem głupca lub pyszałka. Nie chciałbym być żadnym z nich.
Ale nie odpowiedział mi pan na pytanie. Dlaczego zdecydował się pan pisać kryminały?
Nie odpowiedziałem na pańskie pytanie, bo było ono źle postawione. Pan założył w nim, że stawałem przed jakimś dylematem, przed jakimś wyborem, że roztrząsałem kwestię: czy pisać powieści, kryminalne, wiersze, czy opowiadania obyczajowe? A ja nigdy nie miałem żadnych wątpliwości! Zawsze chciałem pisać opowieści, które mają
początek, punkt kulminacyjny i zakończenie z suspensem. I uważałem, że taka struktura jest najlepiej widoczna w powieści kryminalnej. Nigdy nie zastanawiałem się nad jakąś alternatywą dla takich opowieści...
Chce pan tutaj coś ukryć. Otóż w roku 2006 mówił pan wszem i wobec, że rozstaje się pan z Mockiem i z Breslau i wchodzi pan do nowej literackiej rzeki – zamierza pan mianowicie napisać cykl współczesnych opowiadań pt. „Siedem grzechów głównych”. A zatem skłamał pan! Widział pan jakąś alternatywę twórczą – opowiadania obyczajowe, których akcja rozgrywa się hic et nunc.
Bardzo mi się podoba, iż używa pan łaciny. Mniej mi się podoba, że nieuważnie mnie pan słucha. Otóż powiedziałem, że nigdy nie zamierzałem pisać innych opowieści niż te, które mają początek, rozwinięcie akcji, punkt kulminacyjny i zakończenie. A takie właśnie były moje nigdy nie wydane opowiadania „Siedem grzechów głównych”. Powiedziałbym o nich krótko – klasyczna narracja z suspensem. A zatem nie była to żadna alternatywa.
Ale chyba jednak były czymś innym, skoro nigdy ich pan nie wydał. A może wydawcy się nie one nie spodobały? Może chciał on odcinać kupony od historii z Mockiem, a nie podejmować ryzyka promowania Krajewskiego―autora głównego nurtu?
To prawda, wydawcy się one nie spodobały, ale – co gorsza – ja sam nie byłem do nich przekonany. Miałem napisać siedem dużych opowiadań, napisałem trzy – każde liczy, dodajmy, ponad sto stron. Są to sensacyjne opowieści o moim ukochanym mieście Wrocławiu i o współczesnych jego mieszkańcach. W każdym opowiadaniu, będącym ilustracją innego grzechu kardynalnego, występują inni bohaterowie. Nie miałem przekonania do tych opowiadań i trzy z nich – jeszcze przed ukończeniem całego cyklu – przedstawiłem mojemu wydawcy i kilku zaprzyjaźnionym czytelnikom. Opinie były mieszane. Moja próba wyrwania się z gorsetu autora powieści historycznych, moje nowe oblicze pisarza, podejmującego tematykę współczesną, zostały uznane za przedwczesne i za nieprzekonujące. Zrezygnowałem zatem z następnych czterech opowiadań i – nie ukrywam – z pewną ulgą powróciłem do dobrze mi znanego, przewidywalnego Mocka i dawnego Breslau. Uczyniłem to tym chętniej, ponieważ czytelnicy protestowali przeciwko zamknięciu przeze mnie cyklu „Mock w Breslau”.
I co się stało z tymi opowiadaniami po tym, jak pan i pański wydawca zrezygnowali z ich publikacji? Leżą w szufladzie, a pana dręczy poczucie zmarnowanego czasu?
Ależ skąd! Wręcz przeciwnie! Niedawno do trzech dużych opowiadań dopisałem – na propozycję Janusza Zaorskiego – cztery małe nowelki. A zatem mam cały cykl: trzy duże opowiadania („Pycha”, „Żądza” i „Zazdrość”) i cztery małe („Gniew”, „Lenistwo”, „Chciwość” i „Obżarstwo”). Opowiadania te – choć na pewno zostałyby zmiażdżone przez niektórych krytyków – mają wartką akcję, a każde z nich zakończone jest suspensem. Jako przykład sprawnej narracji zainteresowały one Janusza Zaorskiego i być może zostaną sfilmowane przez tego wybitnego reżysera.
No dobrze, może te opowiadania, jako klasyczne narracje, nie były żadną alternatywą, ale na pewno stanął pan przed inną alternatywą: praca na uczelni albo praca literacka, kariera akademicka albo pisarska.
To był wielki dylemat, prawdziwa życiowa, brzemienna w skutki decyzja. Kiedyś zrozumiałem, że moich obu życiowych posłannictw (naukowca i pisarza) nie mogę realizować równie dobrze, kiedy jedną i drugą rolę odgrywam jednocześnie. Obie owe role popadały w nieusuwalny konflikt. Jako pisarz otrzymywałem wiele różnych zaproszeń – począwszy od od wieczorów autorskich, a skończywszy na stypendiach. Te terminy nieustannie kolidowały z moimi zajęciami na uczelni. Z drugiej strony ciężko pisać pracę habilitacyjną w zgiełku medialnym, pomiędzy dzwoniącym często telefonem a bzykiem komputera, który informuje a nadejściu nowego mejla. Instytut Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej Uniwersytetu Wrocławskiego nieustannie się rozwija, przybywa studentów, nowych kierunków studiów, koledzy mają nadgodziny. Byłbym nie fair wobec nich, gdybym udawał wielkiego literata, zadzierał nosa i mówił: „nie, ja nadgodzin nie wezmę, to nie licuje z moją pisarską działalnością”. Odejście z uczelni było chyba po prostu przyzwoitością i obroną przed wyrzutami sumienia. Naukowo niewiele bym zdziałał, a wciąż dręczyłoby mnie uczucie, że nie spełniam moich obowiązków akademickich tak, jak powinienem.
A zatem nie żałuje pan rezygnacji z pracy naukowej i dydaktycznej? Czy tak naprawdę nie odetchnął pan z ulgą, że już nie musi pan katować studentów gramatyką łacińską, odpytywać z odmian, roztrząsać składniowych niuansów – czyli wykonywać pracy, która jest przez dużą część studentów nielubiana?
Trudno wymagać od ludzi, którzy wybierają filologię klasyczną, aby uwielbiali wszystkie przedmioty zawarte w programie studiów. Ja sam nie znosiłem pewnych okresów literackich, a archeologia i historia starożytna były dla mnie męką. Dlatego nie oczekiwałem jakiegoś specjalnego entuzjazmu młodych ludzi, kiedy słuchali oni moich wykładów z chemii lingwistycznej, bo tak nazwałbym gramatykę historyczną. Nie wszyscy piali z zachwytu, kiedy mówiłem im o następstwach długich i krótkich sylab, o konfliktach morfemów czy o walkach spółgłosek lub samogłosek, a już najmniej cieszyli się, kiedy przystępowali u mnie do trudnego dwuletniego egzaminu. Ale zawsze w każdej grupie były osoby, które reagowały z błyskiem w oku na śmiertelnie nudne dla innych zagadnienia. Byli studenci, którzy zostawali po moich zajęciach i wnikliwie analizowali na przykład definicję łacińskiego akcentu. Tych studentów najbardziej mi brakuje.
A nie brakuje panu środowiska akademickiego? Pytam przewrotnie, bo wiadomo, iż jest to środowisko narcystyczne, skonfliktowane, zawistne...
Operuje pan stereotypami. W moim rodzimym instytucie nie spotkałem się nigdy z oznakami nieprzyjaźni i zawiści poza jednym wypadkiem, o którym opowiem teraz po raz pierwszy. Otóż pewna dama na wieść o mojej rezygnacji z pracy na uczelni opowiedziała mi skatologiczną dykteryjkę, której morał można by porównać z „przebudzeniem się z ręką w nocniku”. Ta sama pani ponad rok później przy jakiejś okazji towarzyskiej kilkakrotnie nazwała mnie „zdrajcą”. Nie było to miłe, ale nie chowam do niej urazy. Jej reakcja jest jednak wyjątkiem, który potwierdza regułę. A reguła jest taka: w odróżnieniu od wielu środowisk naukowych, w moim instytucie otaczali mnie ludzie życzliwi i wielkoduszni. W instytucie pracowali i pracują moi najbliżsi przyjaciele. Kiedy wchodzę do wspaniałego, choć pilnie wymagającego remontu, budynku przy Szewskiej 49, kiedy zatem wchodzę do dawnej siedziby książąt legnicko―brzeskich i dawnego prezydium policji, czuję przyśpieszone bicie pulsu. Wciągam z radością charakterystyczną woń książek. Na korytarzach odpowiadam wciąż na pozdrowienia studentów, serdecznie witam się z przyjaciółmi – filologami i historykami. Tutaj wciąż jestem u siebie.
Jest pan u siebie: w instytucie, w którym pan wiele lat pracował, i we Wrocławiu, w którym się pan urodził i którego pan na długo nigdy nie opuszczał...
W 2008 roku opuściłem Wrocław na sześć miesięcy. Spędziłem je na stypendium literackim w Szwajcarii. Miałem tam świetnie warunki do pracy, wokół mnie byli mili i życzliwi ludzie. Mimo to tęskniłem za domem. Nigdy więcej nie wyjadę na tak długo.
A zatem kocha pan to miasto, tak?
Tak.
Tę miłość – jak twierdzą niektórzy – widać w pańskich powieściach. Ale ja tam nic takiego nie widzę. Pan raczej oszpeca Wrocław, czyniąc z niego ponurą ohydną scenerię dla teatru śmierci. Czy nie widzi pan tu sprzeczności?
Zadaje mi pan osobliwe pytanie, oparte na jakiejś karkołomnej logice. Wie pan co? Kilka lat temu w Dreźnie pewien wyraźnie poirytowany czytelnik zarzucił mi nienawiść do Niemców. Uzasadnił to tym, iż przedstawiłem tę nację w moich powieściach jako ohydnych morderców. Odpowiedziałem mu wówczas: drogi panie, u mnie prawie wszyscy ludzie są źli, bo ja piszę kryminały! Gdybym osadził akcję mojej powieści na Kamczatce, to przedstawiciele Czukczów czy Itelmenów, też byliby przedstawieni jako zbrodniarze, choć mnie osobiście są te plemiona najzupełniej obojętne! To samo dotyczy miejsca akcji – Wrocławia. Ponieważ piszę ponure i pesymistyczne kryminały, a ich scenerią jest Wrocław, to jak powinienem niby opisywać to miasto? Czule się nim zachwycać? Podkreślać jego piękno? Nasycać opis jasnością?
Oczywiście, że nie musi pan tego robić, chociaż to świadczy trochę o pańskim stereotypowym myśleniu. Przecież całkiem do pomyślenia jest dreszczowiec czy nawet horror w jasnej, pięknej scenerii, że przypomnę jedynie kryminały, których akcja rozgrywa się kalifornijskim czy hollywoodzkim raju. Nawet jeśli nie przekonał mnie pan o swojej miłości do Wrocławia, to na pewno widoczna jest w pana twórczości fascynacja dolnośląską metropolią. Czy to uczucie ma genezę wyłącznie osobistą?
Pańskie pytania są coraz bardziej dziwaczne. A czy fascynacja może mieć charakter pozaosobisty? Czy może być obiektywna?
Tak, jeśli podziela ją wiele osób. Wtedy się staje wspólna jakiejś grupie ludzi i osiąga tym samym jakiś stopień obiektywizacji.
Nie należę do żadnej zorganizowanej grupy miłośników Wrocławia. Nie wiem, dlaczego to miasto fascynuje ludzi i nie będę mówił nic o fascynacji zbiorowej. Mogę jedynie mówić o mojej fascynacji osobistej.
Bardzo proszę.
Niegdyś Stanisław Lem wypowiedział się na łamach „Tygodnika Powszechnego” o mojej twórczości. Stwierdził mniej więcej to, że docieram do starych warstw historii mojego miasta jak do geologicznych pokładów. Pomijając już wielki zaszczyt, jaki mi uczynił wybitny pisarz swoją przychylną wzmianką, muszę stwierdzić, że moja fascynacja Wrocławiem (poza oczywiście miłością, w którą pan nie wierzy, rodzonego wrocławianina i lokalnego patrioty) została wywołana przez widoczne tu znaki dawnej kultury. Napisy niemieckie na ścianach, na drzwiach w kamienicach i na studzienkach kanalizacyjnych, trofea takie jak hełmy, odznaki, kapsle i butelki, zdobywane podczas wypraw dzieciństwa w ciemne korytarze piwnic – to ukształtowało moją fascynację. Temat tabu, jakim była niepolska historia Wrocławia, intrygował i rozpalał moją ciekawość, i w efekcie tę fascynację wzmocnił.
Dzisiaj w Polsce wszystko jest upolitycznione. Niedawno jakiś poseł protestował przeciwko używaniu przez Niemców toponimu „Breslau”. Ów polityk dostałby chyba palpitacji serca, gdyby się dowiedział, że pan, Polak, używa niemieckiej nazwy Wrocławia w tytule swoich powieści, mało tego – że ten niemiecki toponim stał się pana znakiem rozpoznawczym! Czy spotkał się pan z atakami, że ta pańska differentia specifica przyczynia się do odgrzewania niemieckich resentymentów?
Nie rozumiem, dlaczego nazwa „Breslau” w tytule moich powieści miałoby się do tego przyczyniać.
Czy zechce mi pan odpowiedzieć na pytanie?
Tak, spotkałem się z takimi zarzutami.
I jak pan na nie odpowiadał?
Pytaniem na pytanie. Powtarzam: nie rozumiem, dlaczego nazwa „Breslau” w tytule moich powieści miałoby się do tego przyczyniać. Jeśli mój rozmówca mi to wyjaśnił, wówczas udzielałem mu odpowiedzi.
No to panu wyjaśnię. Ci politycy, którzy, delikatnie mówiąc, nie są pańskimi entuzjastami, mogą mówić: precz z Krajewskim, który podlizuje się Niemcom!
Proszę pana, pisarz jest bezbronny wobec swoich czytelników. Po pierwsze, jest bezbronny wobec różnych hobbystów i entuzjastów, którzy – pielęgnując swoje zainteresowania – stawiają pisarzowi rozmaite zarzuty natury rzeczowej. A to jakiś miłośnik militariów zarzuci błąd w opisie uzbrojenia policjanta, a to jakiś znawca linii kolejowych skrytykuje takie a nie inne połączenie, którym kazałem się mojemu bohaterowi udać w podróż. Za zarzuty takie jestem bardzo wdzięczny i traktuję je bardzo poważnie. Będę je na pewno uwzględniać w kolejnych wydaniach moich powieści. Bezbronny jestem również wobec krytyków. Wszystkie inne zarzuty potrafię odeprzeć.
No to niech pan na miłość Boską obali zarzut, że podlizuje się Niemcom!
Odpowiem: to nieprawda, nie podlizuję się Niemcom! To taka rozmowa dziecka: głupi – sam jesteś głupi!
To dlaczego używa pan niemieckiej nazwy Wrocławia?
I to jest wreszcie sensowne pytanie. Odpowiedź brzmi – z powodów marketingowych. Przez całe lata niemiecka nazwa Wrocławia była nacechowana posmakiem rewizjonizmu i była u nas zakazana. Jej użycie przeze mnie było prowokacją, której celem nie było budzenie dyskusji historycznych czy politycznych, nie było nim też przyczynianie się do normalizowanie stosunków polsko―niemieckich. Chodziło mi tylko o sprowokowanie zainteresowania czytelników. To wszystko.
To teraz zawiódł pan wielu tych życzliwych Niemców, którzy pańskie książki uważają właśnie za taki znak normalizacji.
Jako pisarzowi przyświecał mi zawsze tylko jeden cel – dostarczenie czytelnikowi godziwej rozrywki. Jeśli przy okazji udało mi wykonać jakiś dobry gest, to bardzo się z tego cieszę. Czyż może nas martwić dobro, które wyświadczamy mimo woli?
Ale mimo woli sieje pan również zło. Mam na myśli epatowanie makabrą i okrucieństwem. Czy zgadza się pan z tym poglądem?
Uzasadnienie tej makabry zaprezentowałem już w jednym z moich blogoodcinków. Nosi on tytuł „Skąd tyle okrucieństwa w moich powieściach?”. Przepraszam, nie chciałbym pana dotknąć, ale męczy mnie już ten wywiad i – jeśli tylko będę mógł – to będę pana odsyłał do moich wcześniejszych wypowiedzi, zamieszczonych w internecie.
Dziękuję za szczerość, choć to odsyłanie w wywiadzie nie jest najbardziej eleganckim wyjściem. Nie chce mi się o tym mówić, a zatem przeczytajcie to gdzie indziej? Ładnie to tak?
Ma pan rację. Otóż odpowiadam. Makabra ma w moich czytelnikach wzmóc nienawiść do mordercy.
Po co?
Po to, aby czytelnik odetchnął z ulgą po przeczytaniu sceny, w której morderca―potwór zostaje słusznie ukarany, ergo – zabity. Wtedy czytelnik, znienawidziwszy przedtem mordercę―potwora, powie: dobrze mu tak!
Po co panu to manipulowanie uczuciami czytelnika?
To nie jest żadna manipulacja. To po prostu powrót do doskonale uporządkowanego świata, w którym zło zostaje ukarane. W różnych analizach literatury kryminalnej podkreśla się ten właśnie moment: chaos spowodowany przez zbrodnię na początku książki zamienia się w ład po ukaraniu mordercy na jej końcu. To lubią czytelnicy!
Czyli pisze pan pod publiczkę?
Niezupełnie. Pierwszą moją powieść pisałem pod siebie. Była ona taka, jaką sam chciałbym przeczytać jako czytelnik. Na polskim rynku nie było kryminału osadzonego w realiach przedwojennego Wrocławia. Postanowiłem – wciąż dla siebie! – zapełnić tę lukę. A ponieważ „Śmierć w Breslau” spotkała się z życzliwym przyjęciem, uznałem, że wielu czytelników ma podobny gust i pisałem dalsze powieści w tym samym stylu, z tym samym bohaterem, w tej samej scenerii... Od tego momentu przestałem się liczyć z samym sobą, czytelnicy stali się najważniejsi.
Niechże pan nie przesadza! Gdyby czytelnicy byli tacy ważni, to uwzględniałby pan ich pragnienia. Ileż to ja się nasłuchałem od moich znajomych dezyderatów typu: niechby ten Krajewski napisał współczesny kryminał, niechby go osadził w Krakowie lub w Warszawie, niechby głównym bohaterem uczynił kobietę! Nie wierzę, że nie słyszał pan podobnych głosów! A pan uparcie nie spełnia tych pragnień! Jak to jest zatem z tymi pańskimi ukłonami w stronę czytelników?
Czytelnicy mają swoje potrzeby i ja je spełniam. Kiedy jednak żądają ode mnie podejmowania nowych, drastycznych decyzji, odcinających się od wcześniejszych dokonań (inne miasto, inne czasy, inny bohater), to wtedy uprzejmie odpowiadam: Dziękuję za ciekawą sugestię, przemyślę ją w odpowiednim czasie, kiedy będę dokonywał istotnych zmian w mojej twórczości.
A czy takie nastąpią? Czy ma pan plany literackie, które zakładałyby nowego bohatera albo nowy gatunek?
To tajemnica. Proszę o następne pytanie.
Dobrze, teraz jedno z najczęściej zadawanych. Swojego czasu można było sporo przeczytać o sfilmowaniu pańskich powieści. W pewnym momencie pojawiły się nawet dwa konkurencyjne projekty – jeden Filipa Bajona, drugi – Patryka Vegi. Kiedy zobaczymy film o Eberhardzie Mocku i o Breslau – mieście zbrodni?
To pytanie powinien pan zadać producentowi. Ja sprzedałem prawa do sfilmowania moich powieści i na tym się kończy moja rola.
Czyli odsyła pan czytelników niniejszego do producenta, tak jak przed chwilą wysłał mnie pan do pańskiego blogu? Bardzo to uprzejme...
Przepraszam. Już odpowiadam. Nie do mnie należały prawa do ekranizacji „Śmierci w Breslau”. Miało je wydawnictwo i ono sprzedało je Telewizji Polskiej, ta zaś przekazała firmie producenckiej „Apple Film” przygotowanie adaptacji filmowej. Reżyserię rzeczywiście zaproponowano Filipowi Bajonowi. Naprawdę nie wiem, na jakim etapie są prace nad filmem i kto będzie grał w nim główne role. Podobnie nie mam zielonego pojęcia, kiedy i czy w ogóle powstanie film oparty na moich trzech powieściach „Końca świata w Breslau”, „Widma w mieście Breslau” oraz „Festung Breslau”. Prawa do ekranizacji tych powieści sprzedałem w 2005 roku na dziesięć lat prywatnej firmie producenckiej „Delta Film”, która powierzyła reżyserię Patrykowi Vedze, który wówczas zdobył należną sławę znakomitym filmem „Pitbull”. Pod kierunkiem tego miał powstać duży film epicki oraz serial o Mocku. Tylko tyle mogę o tym drugim projekcie powiedzieć, bo tylko tyle wiem. Przecież nie będę pana raczył rewelacjami o obsadzie filmu, ponieważ miały one charakter chyba tylko życzeniowy.
Czy bardzo pan ubolewa nad tym, że ekranizacja pańskich powieści staje się – jak wynika z pańskich słów – coraz mniej realna?
Nie, ponieważ mam cichą nadzieję, że filmowcy zwrócą uwagę na kolejne moje powieści: „Dżumę w Breslau” i na najnowszą – „Głowę Minotaura”. Zwłaszcza ta ostatnia daje nowe możliwości filmowe, ponieważ nie jest kontynuacją cyklu o Mocku i Breslau, a zatem nie jest spętana w związku z tym jakimś powiązaniami ze starymi projektami.
Nie wierzę, że nie jest panu przykro, że nie żałuje pan upadku filmowych planów. Dobry film byłby przecież trampoliną sukcesu!
Żałuję to ja tylko tego, na co mam wpływ.
Dziękuję za rozmowę.




